Ł: Pogoda piękna, więc z nadzieją w sercach popędziliśmy w kierunku południowych zboczy Wielkiego Kaukazu. Na początek odwiedziliśmy klimatyczną góralską wioskę Lahic, która słynie z kowalstwa artystycznego i rzemiosła miedzianego, wpisanego na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO. Faktycznie w wielu suterenach siedzą panowie mozolnie stukający młoteczkami w miedziane miski, dzbanki i talerzyki. Oprócz tego na ulicach wystawione są pudła z przeróżnymi ziołami roztaczającymi aromat po całej okolicy. Miejscowość jest bardzo zadbana, widać, że bywają tu turyści.
Nie marnując zbytnio czasu popędziliśmy w kierunku przełęczy Dəniz Səviy Yəsindən Yüksəklik 2070mnpm, skąd urządziliśmy sobie pierwszorzędny trekking. Pogoda marzenie, widoki super, dopiero odległe, najwyższe szczyty chowają się za chmurami. Pewnie się wstydzą, że ruskie. No nie mogło tak być w Xinaliq? Ale nie narzekam, bo to piękne pożegnanie z Kaukazem i Azerbejdżanem. W nocy mamy samolot do domu.
Południowa część Kaukazu jest o wiele bardziej wysuszona niż soczyście zielona północ. Przypomina trochę Durmitor. Baranki i krówki przygotowały teren idealnie, więc znów mogliśmy bezproblemowo chodzić gdzie popadnie.
Chcieliśmy jeszcze podjechać pod jedną wioseczkę wypatrzoną z góry, bo wydawało się że nad nią wychodzi całkiem spokojne trawiaste zbocze na spory niemal-3-tysięcznik, ale droga dojazdowa do niej nas pokonała. Przewalczyliśmy jakieś 5km, ale dalsza jazda groziła rozwaleniem samochodu, a to kiepski pomysł, zwłaszcza w ostatni dzień. Pochodziliśmy więc tam gdzie stanęliśmy i też było fajnie, a potem jeszcze znaleźliśmy sobie własny wulkan błotny! Dzikusieńki, jak go Pan Bóg stworzył. O niebo lepszy niż te gwizdki, które oglądaliśmy wcześniej. Całkiem duży obszar z licznymi kraterami i kraterkami, w których bulgotało aż miło, a rozchlapane błoto spływało do doliny. Nikodem chodził od dziury do dziury i badał głębokość za pomocą trzciny. W największych wchodziła do 1,5m dalej robiło się gęsto. To było naprawdę super zakończenie podróży.
Co prawda w powrotnej drodze chciały nas zjeść cztery wielkie kundle kaukaskie, ale skończyło się dobrze. Kurcze, cztery psy to gorzej niż jeden niedźwiedź. Jak przybiegł pierwszy, to tylko poszczekał i dał nam spokój, ale jak doszły trzy inne, to tak się wzajemnie zaczęły nakręcać, że zrobiło się niewesoło. Pewnie myślały, że chcemy ukraść barana.