Ł: Wyjazd bardzo udany, mimo kłopotów z pogodą. Chociaż właściwie to pogoda najczęściej była bardzo dobra i słoneczna, tylko w górach widoczność marna. Ale nie ma co rozpamiętywać rzeczy, na które wpływu nie mamy. Na szczęście nie mieliśmy zaplanowanych konkretnych szczytów do zdobycia i chcieliśmy tylko po Kaukazie pochodzić. Więc pochodziliśmy, szkoda tylko, że czasem brakowało tego co w górach najważniejsze - widoków. Teraz kilka spostrzeżeń i refleksji.
Dominującym elementem pejzażu azerskich wsi i miasteczek są rury gazowe, które w odróżnieniu od naszego kraju nie są zakopane w ziemi. Od wsi do wsi idą wzdłuż dróg na równej wysokości około pół metra i robią za barierę energochłonną :) Ale gdy dotrą do ludzkich siedzib, powstaje z nich mało gustowna plątanina, bo rury muszą dotrzeć do każdego, a równocześnie nie zablokować przejść i przejazdów. Co chwilę więc rury zginają się pod kątem prostym i wznoszą nad drzwiami lub chodnikiem na ponad 2m, nad wjazdami na ponad 3m, a nad ulicami na ponad 4m, a następnie szybciutko wracają do wysokości wyjściowej, choć nie wiem po co, skoro parę metrów dalej muszą ominąć kolejne drzwi lub wjazd. Dodatkowo w miejscowościach górskich pojawia się jeszcze plątanina rur wodnych, cieknąca na każdym łączeniu. Wygoda montażu i serwisu zdecydowanie wygrywa tu z estetyką.
Ruch uliczny jest zdecydowanie mniej chaotyczny niż w krajach arabskich, fantazja kierowców raczej przypomina europejskie południe. Jest tu natomiast kilka dziwnych rozwiązań w organizacji ruchu, które mogą przyprawić o rozstrój nerwowy. Na przykład gdy szeroka, 3-pasowa droga włącza się do innej 3-pasowej, to nie ma żadnego odcinka gdzie pasy idą równolegle z odcinkową separacją ruchu, tylko po prostu wchodzą 3 pasy w 3 pasy, każdy w swój. Tym samym jeśli ktoś jedzie lewym pasem, to wjeżdża na lewy przecinając wcześniej wszystkie pasy ruchu, a sytuację reguluje tylko znak ustąp pierwszeństwa. Jednak to co najbardziej przeszkadza, to niskie limity prędkości i naszpikowanie wszystkich dróg fotoradarami. Tym bardziej, że ograniczenia często nie trzymają się kupy. Prosta autostrada z limitem 110, ma nagle 90 i radar, a dalej znów 110. Dodatkowo brak odwołań ograniczeń sprawia, że często nie wiadomo czy dalej kisić się 60tką, czy można już szybciej i właściwie ile...
Policja jak już pisałem wcześniej jest tu wszechobecna i budzi powszechny strach. Czepia się najbardziej o prędkość, ale nie tylko. Do tego jest niemiła i nadużywa władzy. Trąbi i ryje się na rondo czy skrzyżowanie, a wszyscy potulnie stają, albo błyska długimi i zgania cię z pasa, bo teraz oni jadą. Jedno trzeba oddać, że trzepią i kasują wszystkich, nie tylko turystów.
Natomiast wszystkie atrakcje turystyczne mają wyraźne rozgraniczenie cennika na lokalsów i przyjezdnych i to z wielokrotną przebitką. Wstęp, za który Azer płaci 2 manaty dla obcokrajowca kosztuje 15 manatów. No nie fajnie. Raz w restauracji dostaliśmy menu po angielsku. Z ciekawości wziąłem z sąsiedniego stolika po azersku i zgadzało się wszystko oprócz cen. Kelner któremu zwróciłem na to uwagę natychmiast zapomniał angielskiego, choć wcześniej nieźle mu szło, a na koniec i tak skasował nas po angielsku. No trudno. Ale tylko raz coś takiego nas spotkało.
Co do porozumiewania się, to jakoś mi się wydawało, że powszechniejsza będzie tu znajomość rosyjskiego, a nie jest. Jeśli ktoś mówi po rosyjsku to albo jest Rosjaninem, albo służył w armii rosyjskiej (jak nasz pan przewodnik z Małego Kaukazu), albo coś. Widać, że dzieci uczą się angielskiego, bo gdy nas spotykały to próbowały zagadywać. Niektóre nawet całkiem sporo, przedstawiały nam swoje koty, pytały czy Azerbejdżan się nam podoba itd. Czasem nawet zaskakiwała nas ich odwaga, otwartość i kontaktowość. Ale na ulicy generalnie trudno się dogadać. Do tego nie mogliśmy oprzeć się wrażeniu, że najtrudniej wtedy, kiedy nieznajomość innych języków jest Azerowi na rękę. Sami też przećwiczyliśmy z sukcesem ten manewr z naszym przewodnikiem :) Aha, jeszcze odnośnie szkoły. Jeśli ktoś uważa, że zdrowe jedzenie w szkole i zakazy komórek to wymysły zachodniego lewactwa, to nie. W Azerbejdżanie dzieci w szkole też mają jeść zdrowo, być bezpieczne i rozwijać kontakty rówieśnicze.
Kaukaz robi wrażenie, nawet jeśli mało go widać. Wulkany błotne trzeba sobie znaleźć własne. Te, które Azerbejdżan chce przyjezdnym pokazać, to jakaś marnizna. Może Kaspijskie niezbyt porywające. Ludzie mili i przyjaźnie nastawieni. Wyjątek stanowią policjanci. Samochody na wsiach to głównie Łady, w miejscowościach górskich Łady Nivy, w pozostałych te kwadraciaki podobne do dużego Fiata. Tyle, że Łada Niva to nie musi być stary rzęch jak u naszego leśniczego, tylko może to być nówka prosto z salonu, bo Łada Niva jest produkowana w tej samej bryle od 49lat. W dodatku kosztuje około 50.000zł. Nieźle jak na auto, które wjedzie wszędzie. W miastach samochody przypominają przeciętną wschodnioeuropejską, ale z wyjątkami w obie strony.
I ostatnie słowo o wypożyczalni samochodów Automiles. Na koniec pod lotniskiem, przy tym samym krawężniku pojawił się inny pan, zapytał czy podobał się Azerbejdżan, oddał 100USD, zabrał kluczyki i pojechał. Całość trwała 2 minuty. Zasłużone 5 gwiazdek :)))