Ł: Dzień rozpoczęliśmy od kąpieli w wielkim jeziorze powstałym na spiętrzonej rzece Kür. Woda ciepła i czysta, sięga prawie pod granicę gruzińską. Ryb chyba też dużo, bo przy drodze już od kilkudziesięciu kilometrów stoją stragany i wielkie balie z wodą. Zaraz potem ruszyliśmy znów na północ, na wyżynę Xan, obejrzeć UNESCOwe Şəki, ze słynnym Pałacem Chanów oraz położoną dalej na północ, pod samym Kaukazem, wioskę Kiş. Ciekawa sprawa dotyczy lokalizacji Şəków, bo najpierw znajdowały się właśnie w rejonie tej wioski, a początki osadnictwa sięgają tutaj czasów przed naszą erą i wiążą się z jedwabnym szlakiem. W VIII w. Şəki zostały zniszczone przez potężną lawinę błotną. Miasto odbudowano kilka kilometrów na południe, dalej od gór, ale 1000 lat później zniszczyła go powódź. No, nie miało szczęścia. Ostatecznie znów przeniesiono go trochę wyżej, czyli tam gdzie stoi do dziś.
W mieście oprócz wspomnianego pałacu jest kilka meczetów, muzeów, kamiennych uliczek, a w wiosce Kiş średniowieczny kościół albańsko-kaukaski, pod którego fundamentami znajdują się konstrukcje z wielu wcześniejszych okresów, bo to było miejsce kultu już od kilku tysięcy lat.
W pałacu nie wolno fotografować, a to co rzuca się w oczy, to bardzo wysokie progi i ciekawie pomalowane ściany w motywy batalistyczno-roślinno- zwierzęce. Czego jak czego, ale lwów to oni nie umieli rysować. Chyba nigdy ich nie widzieli. W muzeum najbardziej zaskoczyło mnie, że samowar po azersku to samovar. Byłem pewien, że to zlepek polskich słów, ale pani przewodniczka wywodziła to od słow azerskich. Pewnie i my i oni zapożyczylismy się z ruskiego. Tyle, że chodzi mi po głowie jakiś zakipitielnik, więc sam już nie wiem...
Zarówno w Şəkach jak i w Kişu zwracają uwagę bramy do posesji. Robią wrażenie nawet wtedy, gdy za bramą stoi zwykła chałupa. To chyba kwestia prestiżu… Nad wioską stoi potężny Kaukaz, a kilka kilometrów dalej i 2,5km wyżej jest ruska granica. Mamy nadzieję, że jutro ten masyw ładnie się zaprezentuje, choć wrześniowe chmury ciągle go ukrywają.