Ł: To był fantastyczny dzień, choć na początku wydawało się, że wszystkie nasze dzisiejsze plany wezmą w łeb, gdy zaczęliśmy się odbijać od kolejnych szlabanów i urzędniczego oporu. Ale to dzisiaj weszliśmy na wysokość 2310m i to na rympał i zobaczyliśmy przed sobą trzy i pół-tysięczniki wzdłuż granicy Górskiego Karabachu. A Mały Kaukaz okazał się nie taki mały, bo najwyższy z nich miał 3724mnpm. Ale od początku.
Wczoraj dojechaliśmy do Gandży. Już jakieś 100km przed miastem krajobraz wyraźnie zaczął się zmieniać. Pojawiły się drzewa i krzewy, zrobiło się zielono i jakby bardziej gruzińsko. W dodatku bardzo czysto.
Dziś rano wszystko zaczęło się perfekcyjnie, pogoda bezchmurna, śniadanie od 7.00 (po raz pierwszy na tym wyjedzie), w dodatku suto zastawiony szwedzki stół. Najedzeni jak nigdy ruszyliśmy do Parku Narodowego Göygöl Milli. Naście kilometrów przed naszym celem na wjeździe do Parku drogę zagrodził nam szlaban. Niezbyt kumaty pan sprawdził jakąś listę i powiedział że nas nie ma. Czemu nie ma? Nie wie. A co to za lista? Nie wie. A jak na niej być? Nie wie, taką dostaje. Na końcu okazało się, że przed 9.00 mogą wjechać tylko ci z listy. No dobra, jest 8.40, czekamy. Wreszcie szlaban w górę, za 2km następny szlaban, panowie mili skasowali za wjazd, jedziemy. Za 5 km, koło Jeziora Göygöl znowu stop. Dalej nie można, jak to nie można, trzeba zaparkować i dalej pieszo. Jak to pieszo my jedziemy do następnego jeziora (Maralgöl), bo chcemy iść w góry, a to jeszcze 7km. A to potrzebny inny bilet, trzeba wracać na dół. Masakra, wracamy. W kasie tłumaczymy: inny bilet, inne jezioro, chcemy iść w góry. A dobrze,nie ma problemu. Kiedy już myśleliśmy, że wszystkie kłopoty zażegnane nastąpił ciąg dalszy. Na górnym parkingu dosiądzie się do nas pracownik i pokaże jak jechać. A po co? Przecież trafimy. No dobrze, dosiadł się, jedziemy. Szybko okazało się, że pan ma nas zamiar cały czas pilnować, pyta czy godzina nad jeziorem nam wystarczy. Mówimy, że nie – 5 godzin, idziemy w góry. On że nie wolno, my nic nie rozumiemy, on że nas nie puści, my dalej nie rozumiemy…
Szczęśliwie pan nie wyglądał na takiego co szybko chodzi, gdy zakładaliśmy buty palił papierosa i dziwnie patrzył. No dobra, idziemy. Również bardzo szczęśliwie podejście z parkingu do jeziora szło stromo pod górę. Potrzebowaliśmy trzech zakrętów, żeby z panem stracić kontakt wzrokowy, co prawda zipał coś chyba o zaczekaniu, ale też nic nie rozumieliśmy. Byliśmy wolni.
Ścieżka skończyła się tuż nad jeziorem, więc trzeba było znów wycelować w najbliższy szczyt i iść przez trawę. Tym razem było trudniej, bo nie było tu miłych baranków, które skróciłyby roślinność do odpowiedniej długości. Raz nawet zrobiło się trochę słabo, bo musieliśmy się przedrzeć przez wyższe chaszcze, w których dość obficie reprezentowany był barszcz Sosnowskiego. Co gorsze były w tych zaroślach wydrapane do gołej ziemi i wyleżane przez grubego zwierza placki, a ostrzeżeń przed niedźwiedziami brunatnymi minęliśmy na dole kilka.
Ale nic nas nie zjadło, weszliśmy na zaplanowany szczyt i spojrzeliśmy na kolejną ścianę gór przed nami. Gdyby nie liczne poranne przeszkody bylibyśmy tu ponad godzinę wcześniej i pewnie poszlibyśmy grzbietem na Kəpəz Dagi 3066mnpm, bo był całkiem w naszym zasięgu. A teraz nad górami zaczęły pojawiać się chmury, a Kəpəz Dagi powoli tonął we mgle. A ponieważ mgłę już dwa razy oglądaliśmy, to daliśmy sobie spokój. Zaintrygowała nas natomiast widoczna droga, która wiła się serpentynami do Górskiego Karabachu. Pomyśleliśmy, że sprawdzimy w powrotnej drodze, czy da się nią kawałek podjechać, bo widoki mogłyby być nieziemskie. Przełęcz jest na wysokości 3261 !!! Ale raczej się nie dało bo check point był całkiem nisko, więc zawróciliśmy przed nim, bo i tak zrobiło się pochmurno i widoki zdechły. Poza tym nie chcieliśmy sobie dać wbić w paszporty żadnych pieczątek, bo czytałem, że to bywa kłopotliwe.
Jeszcze wrócę na chwilę do zejścia nad jezioro, bo wybiegłem trochę w przyszłość. Próbowaliśmy ominąć niedźwiedziowe chaszcze, ale z miernym sukcesem, bo wpakowaliśmy się w inne, szczęśliwie - trochę mniejsze. Zastanawialiśmy się też czy będzie duża draka na dole, ale nie była. Pan przewodnik nad jeziorem już nie czekał, spotkaliśmy go za to na dole, coś poburczał, że miała być godzina, ja że miało być 5, a zapłaciłem za cały dzień. Ale na tym zakończył, bo chyba nie bardzo chciał, żeby się głośno zrobiło o tym w jakim mechanizmie nas zgubił.
Wieczorem obejrzeliśmy naszą Gandżę - bardzo schludne i przyjemne miasto. Strasznie lubią tu fontanny, w centrum woda chlapie co 200m. Jest duży plac z pomnikiem poprzedniego prezydenta, czczonego tu jako zasłużonego ojca Azerbejdżanu (autorytarnymi rządami i przeszłością w KGB raczej nikt się nie przejmuje). Obok pomnika tańczy kolorowa fontanna w rytm patriotycznych pieśni. Jest też duży meczet z cmentarzem, ma murze którego upamiętnieni są wszyscy polegli w latach 88-94 i 20-22, czyli w obu wojnach o Górski Karabach.