Ł: Trochę słaby dzień dzisiaj.
A wszystko zaczęło się sypać już wczoraj, kiedy mój laptop odmówił współpracy. Jeszcze działa, ale ledwo dyszy.
Dziś rano daliśmy się złapać w pułapkę śniadaniową. Miało być o 9.00-11.00 Kurcze, późno trochę jak na góry. Ale OK, to może dzisiaj pojedziemy w jakieś niższe okolice, a jutro trochę wyżej, bo zjeść coś trzeba, a nie mamy nic. Równo o 9.00 zsiedliśmy przy stoliku, potem pojawili się inni, w kuchni coś stukało i tak posiedzieliśmy godzinę. Potem dostaliśmy jajko sadzone i miód :(
Źli jak diabli pojechaliśmy w góry zaliczając bardzo niemiłe spotkanie z tutejszą wszechobecną policją. No dobra, moja wina. Nawigacja wpakowała mnie w drogę jednokierunkową. Co prawda połapałem się równo ze znakiem, zatrzymałem 5m za nim i grzecznie wycofałem, ale w tym samym momencie wyrósł koło mnie radiowóz...
Wyjechaliśmy w pięknej pogodzie, ale gdy dotarliśmy na miejsce ciemne chmury przesłaniały wszystko powyżej 2000 metrów. No trudno, Przejdziemy się doliną rzeczną poniżej chmur. Najpierw odwiedziliśmy kilka wodospadów, a potem przez zielone pastwiska poszliśmy w górę rzeki. Jeśli chodzi o wodospady, to najbardziej zaskakujący był taki, gdzie z dwóch sąsiednich ciurków leciała zupełnie inna woda. Z lewego górski kryształ, z prawego ścieki z cementowni. Dolina uderza niesamowitą przestrzenią, którą ciężko pokazać na zdjęciach. Pastwiska, którymi szliśmy są dobre kilkaset metrów nad lustrem wody. Z daleka widzieliśmy, że drogę przegradza nam jakiś strumień o dziwnie błotnych brzegach uchodzący do rzeki. W miarę zbliżania dotarło do nas, że to gigantyczny rów wyrwany w ziemi przez jakąś kamienno-błotną powódź. Przeprawa na drugą stronę zajęła nam niemal pół godziny. Tuż po przejściu okazało się, że dalej już nie pójdziemy, bo w dolinę wpełzła gęsta mgła i absolutnie nic nie widać. Trudno, na dzisiaj koniec. W nagrodę mogliśmy sobie jeszcze raz przejść przez ten przeklęty kamienno-błotny wykrot, a potem znaleźliśmy całkiem fajną ścieżkę bliżej rzeki i nią wróciliśmy do Lazy. Pod sam koniec, przy ścieżce, stała tabliczka: Pas graniczny, bez przepustek wstęp wzbroniony. Co ??? Przecież do ruskiej granicy jeszcze dobre 5km w prostej linii. Dobrze, że szliśmy pastwiskami na rympał i nie widzieliśmy tej tabliczki, a jeszcze lepiej, że nie spotkaliśmy pograniczników, bo dzień mógłby być jeszcze słabszy ;)