Ł: Wczoraj wieczorem oblazły nas konie, w dodatku jeden z dzwonkiem na szyi. Dziwne. Rano obudziliśmy się z widokiem na skałkę, która najwidoczniej komuś przypominała dolny kieł starej babci i podjechaliśmy jeszcze kawałeczek do początku szlaku. Większość osób parkuje pod schroniskiem, bo tu kończy się asfalt, ale warto pojechać jeszcze kilometr dalej do nieczynnej o tej porze roku stacji wyciągu. Jest tu sporo fajnych łączek, gdybyśmy wiedzieli, to spalibyśmy pewnie tu. Od tego miejsca droga znacznie się pogarsza, ale idzie dalej, terenówką dałoby się wjechać niemal na sam szczyt. Nie mam pojęcia skąd wzięła się tu taka droga, bo nie prowadzi do niczego. Na górze nie ma żadnego schroniska czy zabudowań, może kiedyś była wykorzystywana do patrolowania granicy, albo nadal jest ?
Plan na dzisiaj to Midżor – najwyższy szczyt Serbii. Oczywiście Serbowie mają inne zdanie w tej kwestii, twierdzą, że ich najwyższy szczyt jest prawie o 500m wyższy, leży na południu kraju i nazywa się Deravica. Tiaaa…, brzmi znajomo.
Podejście mega łatwe, 7km dystansu i niewiele ponad 600m przewyższenia, w większości idzie wspomnianą wcześniej drogą. Mijaliśmy kolorowe kwiatki, obserwowaliśmy latające kruki i pracujące trzmiele, napotkaliśmy nasze znajome konie. Chyba nasze, bo były na sąsiednim pagórku, ale jeden ewidentnie dzwonił :) Dwa kilometry przed szczytem postanowiliśmy uatrakcyjnić nieco trasę, zeszliśmy ze szlaku i wspięliśmy się na wprost, dość ostro pod górkę, aż do samej granicy bułgarskiej, a dalej już wzdłuż granicy, widowiskową granią na sam szczyt. Midżor 2169mnpm jest nasz!
Wieczorem przekroczyliśmy granicę i śpimy w Rumunii, nad Dunajem, pod czujnym okiem króla Decebalusa.