A: Rano konie nie galopowały, tylko spokojnie pasły się obok nas. Dziś dzień regeneracji sił między jednym trekkingiem a drugim. Trochę zrobiliśmy kilometrów w kierunku domu, a na atrakcję dnia wybraliśmy Kanion Matkę. Byliśmy tu już w 2011 i wybraliśmy wtedy opcję spaceru pod skałami wzdłuż kanionu. Tym razem chcieliśmy dla odmiany obejrzeć wszystko z innej perspektywy. Do wyboru mieliśmy stateczki lub kajaki, a że nasze wspomnienia z ostatniego razu pływania stateczkiem w Albanii były pełne dymu papierosowego, wybraliśmy kajak. To całkiem fajna opcja, bo można kontemplować widoki w ciszy i w wolniejszym tempie. Na końcu liczyliśmy na atrakcję w postaci jaskini, która jest podobno całkiem duża i warta zwiedzania. Niestety po 45 minutach, kiedy dotarliśmy do celu, okazało się, że trzeba mieć bilet, a my nie mieliśmy. W wypożyczalni kajaków nikt nam o tym nie powiedział, a na miejscu facet nie dał się uprosić i po prostu nas nie wpuścił. Trochę nam było żal, bo się nastawiliśmy, ale z drugiej strony widzieliśmy już niejedną jaskinię, a jak zatęsknimy to mamy trzy koło naszego domu w zasięgu nóg, to sobie pozwiedzamy:) Dziś śpimy znów na wysokościach i podziwiamy zachodzące słońce za malownicze szczyty. Znaleźliśmy sobie zaciszny kącik pod nieczynnym o tej porze roku wyciągiem narciarskim pod Babim Zębem. Jutro atakujemy najwyższy szczyt Serbii: Midżor.