Ł: Wczoraj bez problemu znaleźliśmy właściwą drogę do podnóża Gjeravicy. Co więcej, prawie na całej drodze leżał nowiutki asfalt. Natomiast nawigacja uparcie twierdziła, że jedziemy leśną ścieżką, krzyczała wróć na trasę i proponowała wjechać w te krzaki wzdłuż rzeki, w których byliśmy już 2 dni temu. Ale nie daliśmy się zwieść i równo z zapadnięciem ciemności zaparkowaliśmy w strategicznym miejscu u podnóża najwyższego szczytu Kosowa. Serbowie mają oczywiście inne zdanie w tej kwestii.
Rano to już typowy górski standardzik: Pobudka o świcie i szybki start, żeby być na szczycie nim słońce zacznie porządnie prażyć. Postanowiliśmy wyjść którąkolwiek ścieżką na grań, a następnie zaatakować Gjeravicę od wschodu. Miało być ostro i szybko, a powrót już spokojnie, dookoła szlakiem, czyli od zachodu. Ostro było, a z tym szybko to już tak sobie…. Ale mamy na to trzy dobre usprawiedliwienia. Po pierwsze ścieżka była bardzo teoretyczna i wściekle stroma, no dobra, szliśmy na rympał przez borowinowe kobierce. Po drugie borowiny łapały za nogi, które i bez tego ciężko było przestawiać. A po trzecie jak się idzie przez borówki….. to się idzie wyjątkowo powoli :)))
Po wyjściu na grań pełen luzik, piękne widoki i spokojny trekking. Nawet jakąś ścieżkę było widać. Końcówka pod szczyt bardzo wymagająca, 450m przewyższenia na 900 m dystansu, a do tego ścieżka znów się zagubiła wśród skał. Ale przed 11.00 zameldowaliśmy się na szczycie. Gjeravicë 2656mnpm jest nasza !!!
Z zejściem też przekombinowaliśmy, bo do jezior zeszliśmy szlakiem, ale ten prowadził dalej na dno doliny, a my kampera mieliśmy niemal 200m wyżej po przeciwnej stronie. Ale ponieważ doskonale go widzieliśmy, to w połowie drogi opuściliśmy szlak i przez łąki i borówki poszliśmy hipotetyczną ścieżką prosto do auta :)