A: A więc dziś Kosowo. Nasze nowe państwo, jedno z dwóch ostatnich w Europie, których do tej pory nie odwiedziliśmy. Pierwsze wrażenia mieszane, bo z jednej strony przepiękne góry, łąki, kosodrzewiny, a z drugiej nieprawdopodobne ilości śmieci i to zarówno pojedyncze reklamówki, butelki, puszki, ale też gdzie nie gdzie całe worki wyrzucone ot tak. Po całym dniu spędzonym w Kosowie dochodzę do wniosku, że jest tu jakiś grubszy problem śmieciowy, bo nawet jak znajdujemy kontenery ustawione przy drodze, to są wypełnione znacznie powyżej brzegów, a dookoła jeszcze całe góry worów, które nie zmieściły się już nigdzie. To naprawdę wielka szkoda, bo miasta, miasteczka i wsie kosowskie robią świetne wrażenie, zwłaszcza w porównaniu z Serbią (która bardzo się poprawiła przez ostatnie 9 lat). W Peje, sporym mieście, które przejechaliśmy dziś powolutku w korku, zwracają uwagę nowe i eleganckie budynki mieszkalne, firmy, sklepy, nieprawdopodobna ilość wszelkiego rodzaju klinik medycznych, stomatologicznych i aptek oraz wypasione stacje benzynowe dosłownie na każdym kroku. Nie gorzej jest poza miastem i na wsi. Do tego przyroda bardzo malownicza. Przejechaliśmy przez widowiskowy kanion w P. N. Bjeshkët e Nemuna wzdłuż rzeki Limbardhi i Pejes, która wiła się malowniczo wśród skał i dostarczyła nam mnóstwo estetycznych wrażeń. Zadziwiająco nisko nad drogą podcięte skały wyglądają super, ale zachodziliśmy w głowę jak przejeżdżają tędy tiry, które mijaliśmy wcześniej, skoro my, naszym niedużym kamperkiem musieliśmy wyjeżdżać na środek aby się zmieścić. Ale sprawa wyjaśniła się kiedy wracaliśmy i zatrzymaliśmy się przy wodospadzie. Byliśmy świadkami jak tir jadący od strony skał spotkał się ze sznurem aut osobowych. Najpierw wszyscy stanęli, a potem kierowca tira przeorganizował ruch na lewą stronę, puścił osobówki pod wiszącą skałą, a sam pojechał od strony przepaści. Całe szczęście, że nas tam nie było, bo nie zmieścilibyśmy się pod nawisem. Za to mieliśmy trudną sytuację w jednym z tuneli, który był wykuty na szerokość jednego auta, a był dość długi i skręcony w środku. Co wjechaliśmy do środka to napotykaliśmy cały peleton aut. Cofka, znów próba… i to samo. W końcu Łukasz wjechał trąbiąc i tak pokonaliśmy ten odcinek. Tunele niczym niezabezpieczone, na surowo wykute w skale, prezentowały się niezwykle malowniczo. Pod koniec kanionu mieliśmy namierzony uroczy wodospad, do którego prowadzi króciutki szlak wzdłuż strumienia. Fajnie było się dla odmiany trochę przespacerować. Wracając zakotwiczyliśmy nad rzeką i relaksowaliśmy się czytając książki. Spać mieliśmy w base campie pod Gjeravicą, bo jutro chcieliśmy zdobyć najwyższy szczyt Kosowa, ale… nie udało się :(