A: Wracając do domu znad Atlantyku, postanowiliśmy zahaczyć o miasto Quebec. Po pierwsze było po drodze, a po drugie cały dzień w aucie ciężko znieść, a tak, z przerwą na zwiedzanie, podróż przebiegła o wiele przyjemniej. Quebec reklamowano nam jako miasto, w którym można poczuć się jak w Europie i większość Kanadyjczyków tak to właśnie odbiera. Jako Europejka muszę powiedzieć, że się z tym zgadzam. Miasto jest przepiękne, pełne prawdziwie zabytkowych budynków, które trzeba przyznać, że są świetnie zadbane i dopieszczone. Miasto powstało na początku XVII wieku i można znaleźć tu architekturę z tamtego okresu, ale też część z XVIII wieku i wiele z XIX. My zwiedzanie zaczęliśmy od widowiskowego wodospadu Montmorency, który znany jest z tego, że jest wyższy od Niagary. Frontem do malowniczo spadającej kaskady poprowadzone są drewniane schody z podestami, dzięki czemu można podziwiać widoki z różnej perspektywy. Górą przebiega most, na który warto się udać, bo widoki są zupełnie inne, a równie ciekawe, szczególnie przyozdobione tęczą.
Auto zostawiliśmy w pobliżu portu i schodków prowadzących do górnego miasta. Dobrze, że mieliśmy wypoczęte nogi, bo trzeba było pokonać prawie 5OO stopni żeby dotrzeć do celu, a to dość wyczerpujące. Jednak jak tylko weszliśmy w starówkę, poczuliśmy się wynagrodzeni. Jest naprawdę piękna! Miasto wraz z murami obronnymi jest wpisane na listę UNESCO, jak najbardziej zasłużenie. Co prawda dla nas, tego typu zabudowa to żadna nowość, ale wyobrażam sobie jak odbierają to Kanadyjczycy, którzy przyzwyczajeni są do miast w zupełnie innym stylu. Jednak zaznaczam, że na nas też zrobiło ogromne wrażenie. No i wreszcie prawdziwe kwiaty, a nie jakieś plastikowe, jak u nas za komuny. Przyznaję, że zwiedzanie miasta było bardzo nastrojowe, pomimo nieprawdopodobnych tłumów. Co ciekawe najczęściej fotografowanym zabytkiem tego miasta jest hotel w kształcie zamku, pochodzący z XIX wieku. Zupełnie tego nie rozumiem, mnie bardziej podobała się pozostała architektura. Pod koniec postanowiliśmy zakotwiczyć w malowniczej uliczce z wiszącymi parasolkami, którą wypatrzyłam już jadąc samochodem i spróbować najbardziej charakterystycznego dania w Quebec, które nazywa się poutine czyli bałagan. To frytki pokryte ciemnym, wołowym sosem oraz grudki sera cheddar, który musi być bardzo świeży i zgrzytać podczas jedzenia. Nasz ser zgrzytał jak najbardziej, choć danie jako takie… hmm dla mnie takie sobie. Wracaliśmy do auta drewnianą promenadą Dufferina, położoną wysoko na klifie, z której rozpościerał się piękny widok na rzekę Św. Wawrzyńca i cumujące tam okręty. Po drodze natknęliśmy się na tory saneczkowe z końca XIX wieku, które podobno w zimie nadal działają.