Ł: Dzisiaj kolejny dzień obcowania z dziką kanadyjską naturą. Wybraliśmy się do Parc National de la Mauricie ok. 200km na północny- wschód od naszego domu. Te odległości naprawdę są obciążające, jesteśmy dopiero tydzień, a przejechaliśmy już 2500km. A nie licząc wesela w Brantford, odwiedzamy na razie tylko najbliższe miasta i parki narodowe.
Ale wracajmy do natury. Z tą dzikością to tak sobie… Niby pojawiły się pancerne kosze na śmieci i ostrzeżenia anty-niedźwiedziowe, ale okoliczności wydają się o wiele bardziej hipotetyczne niż w Górach Skalistych. My spotkaliśmy tylko wiewiórki, świstaki, kaczki i indyki. Śmieszna sprawa, bo te indyki wyglądają jak nasze zagrodowe, tyle że są dzikie. Najfajniejsza była indyczka z całą kupą dzieci.
Widoki piękne, ale bez takich fajerwerków jak na zachodzie kraju…. Trochę jak pogranicze szwedzko-fińskie z domieszką Gorców. Wszystko miłe, ładne, spokojne i zwyczajne. Nie mniej jednak nachodziliśmy się do upadłego, a dzięki wietrznej pogodzie komary dały nam dzisiaj taryfę ulgową.