A: Po wczorajszym trekkingu czas na miasto. Dziś napoczęliśmy Montreal i na pierwszy strzał poszło wzgórze Mont Royal. Kiedy po raz pierwszy Cartier dotarł tam w XVI wieku tak zachwycił go widok z góry, że nazwał je na cześć króla: Mont Real, czyli Królewskie Wzgórze. Trochę mamy tu zamieszania językowego, bo obecnie wzgórze się nazywa Mont Royal, ale miasto Montreal. Po prostu w starofrancuskim królewski mówiło się real, a obecnie royal. Widok z góry jest przepiękny, ale można podziwiać tylko Downtown, ponieważ z pozostałych stron wszystko przesłaniają drzewa. Aby dotrzeć na górę trzeba pokonać mnóstwo schodów, albo podążać dookoła drogą dla wózków. Na szczęście trasa wiedzie przez park, więc nawet w upalny dzień dotarcie na szczyt jest całkiem spoko. Reszta miasta jest zbyt rozległa żeby łyknąć ją naraz. Dzisiaj spacerowaliśmy po Downtown, kupiliśmy pamiątki, zjedliśmy w arabskiej knajpce, odkrywaliśmy ciekawe połączenia nowych budynków ze starymi, a na koniec trafiliśmy do portu. Wzdłuż rzeki Świętego Wawrzyńca ciągnie się długi, bardzo przyjemny deptak, którym można spacerować do woli. Jest tu też dużo biegaczy o sylwetkach zgoła nie amerykańskich, czyli dbałość o zdrowie i figurę też tu występuje. Po 6 godzinach łażenia po mieście nasze nogi już odmawiały posłuszeństwa, choć okolice katedry Notre Dame okazały się bardzo ładne i ciekawe. Zrobimy sobie jeszcze jeden wypad do miasta i skupimy się na samej starówce, bo to co na koniec zobaczyliśmy, bardzo nam się spodobało.