A: Dziś postanowiliśmy się porządnie poruszać, żeby wreszcie poczuć się jak na wakacjach. W tym celu pojechaliśmy na północ do Parku Narodowego Mont-Tremblant i urządziliśmy sobie trekking na jakieś naście kilometrów, czyli może nie jakiś bardzo długi, ale za to w 3O stopniach i po dość trudnym terenie. Na samym początku trasy, kiedy weszliśmy do lasu, napotkaliśmy zawieszone na drzewach tajemnicze, niebieskie rurki. Była to całkiem spora instalacja biegnąca od drzewa do drzewa i dopiero po chwili wpadliśmy na pomysł, że to sposób na otrzymywanie syropu klonowego. Nic nie działało, ale doczytaliśmy potem, że zbiory odbywają się na wiosnę, wtedy robi się odwierty i czasem zostawia się taką instalację do następnego roku. W sumie bardzo ciekawe. Sam Park Narodowy trochę przypominał szwedzkie parki: las, jeziora, grzyby, borówki i komary. Znaleźliśmy dwa rodzaje borówek, oba nieprawdopodobnie słodkie. Gdybym kupiła te borówki w sklepie, byłabym przekonana, że są zmodyfikowane genetycznie, bo Amerykanie mają wszystko dwa razy słodsze, ale te były naturalne, z lasu...dziwne. Poza tym natrafiliśmy na bardzo ciekawe kijanki w jeziorze, które miały co najmniej 1O cm. Doczytaliśmy teraz, że to dzieci Żaby Ryczącej, której odgłosy słyszeliśmy parę razy. Ale prawdę mówiąc myślałam, że to łoś :) Generalnie trekking całkiem fajny, choć chwilami bardzo wymagający, szczególnie wtedy kiedy szlak prowadził stromo pod górę lub w dół po skałach, które tu są gładkie i nie ma o co buta zaczepić. Do tego śliskie korzenie i ruchome kłody rzucone przez bagno. Po drodze spotkaliśmy ludzi tylko dwa razy i to w początkowej fazie, czyli jak zwykle w tej części świata, chodzić się nie chce.