Ł: Wracamy do Montrealu, ale żeby nie było, że dzisiejszy dzień to tylko czułe pożegnania i 6 godzin jazdy to postanowiliśmy zrobić sobie kilka przystanków.
Najpierw Unescowy stary bryryjski Fort Henry, w którym można obejrzeć wszystkie pomieszczenia począwszy od tych gdzie piekło się chleb, a skończywszy na tych gdzie robiło się kupę. Oczywiście są też wszystkie inne, życiowo niezbędne, zakamarki. Po zewnętrznych dziedzińcach przemieszczają się małe oddziały w XiX-wiecznych brytyjskich mundurach, coś pokrzykują jak wkurzony kapral, walą w bębny i strzelają z muszkietów. Krótko mówiąc – robią klimat. Dwie rzeczy mocno zwracają uwagę. Po pierwsze Kanadyjczycy mocno utożsamiają się z odwagą brytyjskiej armii i całkiem naturalna jest dla nich konstrukcja logiczna: my walczyliśmy, my broniliśmy, my byliśmy/jesteśmy dzielni. Po drugie wszystkie tablice informacyjne wykazują się wyjątkową poprawnością polityczną i piszą walczyli, bronili, ale zupełnie pomijają z kim i przed kim. Tak jakby drażnienie Jankesów było złym pomysłem.
Ale tablice mają już kilka lat, więc są z poprzedniej epoki. Obecnie większość Kanadyjczyków otwarcie wiesza psy na Amerykanach, ostentacyjnie wywiesza flagi przed domem (3 lata temu flag było 3-4 razy mniej), a wszystkie antyjankeskie pomniki i memoriale przeżywają drugą młodość :
Fort zlokalizowany jest na początku rzeki Św. Wawrzyńca, która wypływa z Jeziora Ontario, czyli całkiem odwrotnie niż napisał Genek. Ale była zima, lód, nie widział gdzie woda płynie, więc można mu wybaczyć ;)))
W tej początkowej części rzeki jest cała masa mniejszych i większych wysepek. Jest ich podobno 1000, niektóre zamieszkane inne nie, mają skaliste brzegi i trochę przypominają szwedzkie i fińskie szkiery. Park Narodowy Tysiąca Wysp trochę trudno się zwiedza, bo albo można patrzeć co kawałek z brzegu, albo popływać stateczkiem. A wydaje się, że tu najlepszy byłby szeroki kadr. Może helikopter?