Ł: Dzisiaj A Coruna. W sumie, nie jest to nasz pierwszy raz - byliśmy tu już 26 lat temu, mieliśmy po 26 lat , był środek nocy i wjechaliśmy do miasta, choć planowaliśmy go minąć. Młodszym użytkownikom geobloga wyjaśniam, że nie mieliśmy wtedy GPSu, komórki czy internetu. Atlas Europy bardzo pomagał, ale nie miał takiej niebieskiej kropki z aktualną lokalizacją, no i w mieście stawał się bezużyteczny, bo nie ta skala. Na desce rozdzielczej miałem za to kompas. Co prawda karoseria i elektryka samochodu kreowały gigantyczną dewiację kursu, ale można było z grubsza ogarnąć, w którą stronę się jedzie. Z A Coruny próbowaliśmy wyjechać metodą prób i błędów, ale w każdą stronę dojeżdżaliśmy do oceanu :)
Tyle naszej historii. Dzisiaj przyjechaliśmy, bo taki był plan. Pochodziliśmy po starówce, odwiedziliśmy tutejszy rynek, czyli Plaza de Maria Pita, na nim Pałac Miejski, obok Kościół św. Jerzego. Połaziliśmy też po całkiem klimatycznych uliczkach, przeszliśmy całą nadmorską promenadę, która zaczyna się od UNESCO’wej wieży Herkulesa, a kończy się na Zamku Świętego Antoniego, który dzisiaj, specjalnie dla nas, był otwarty do zwiedzania gratis. Torre de Hercules to jedyna zachowana latarnia wzniesiona przez Rzymian i równocześnie najstarsza działająca latarnia morska na świecie. Lub jedna z najstarszych, bo z tym naj…. zwykle tak bywa;) Nazwa wieży nawiązuje do legendy, jakoby latarnię postawił Herkules wykonując jedno ze swych zadań.
Wyjeżdżając z miasta tradycyjnie się pogubiliśmy, mimo nawigacji ;) , a następnie pojechaliśmy 100km na wschód obejrzeć fajne skałki przy Playa de las Catedrales. Trzeba przyznać, że bardzo fajne, a wejścia do nadbrzeżnych grot mogą mogą budzić skojarzenia wejść do średniowiecznej katedry.