A: To nasza druga podróż do Kanady. Trzy lata temu zachwycaliśmy się Górami Skalistymi w anglojęzycznej prowincji Alberta i British Columbia, tym razem odwiedziliśmy francuskojęzyczną prowincję Quebec. Trzeba przyznać, że po spektakularnych widokach, do których przywykliśmy ostatnim razem, ta część Kanady nie wydała nam się szczególnie atrakcyjna. Owszem miasta, a szczególnie Quebec City, były ciekawe i ładne, choć Europa przyzwyczaiła nas do takich widoków, jednak parki narodowe już bez fajerwerków. Ot lasy, jeziora, strumienie, niewysokie górki… Fajne na trekking i można miło spędzić urlop, ale mam wrażenie, że jako specjalny cel na wyprawę do tak dalekiego kraju, nie bardzo do polecenia. My byliśmy zobligowani uroczystościami rodzinnymi w okolicach Toronto, a ponieważ prowincję Ontario zwiedziliśmy co nieco ostatnim razem, Montreal i okolice wydały się rozsądnym wyborem.
Zauważyliśmy duże różnice pomiędzy prowincją Quebec a resztą kraju, zarówno w architekturze, jak i mentalności mieszkańców. Wydaje się, że tutaj ludzie chcą być bardziej europejscy. Mają w miastach sporo zabytkowych budynków zarówno mieszkalnych, urzędowych jak i sakralnych. Do tego niektórzy ludzie są bardziej francuscy niż Francuzi i nie chcą lub nie potrafią rozmawiać w żadnym innym języku. Poza tym bardzo wymowne jest to, że na rogach ulic stoją znaki stopu, które w Europie (łącznie z Francją) wyglądają jednakowo, a tam mają napis Arrêt. Widać też bardzo, jak są wyczuleni na swoją odrębność i o ile w Ontario widzieliśmy poczucie ludzi, że są lepsi od Amerykanów z USA, tak tutaj zdecydowanie uważają się za lepszych niż mieszkańcy reszty (anglojęzycznej) części własnego kraju.