A: Pisząc podsumowanie mam mieszane uczucia. Z jednej strony wyjazd fajny, intensywny i ciekawy (ze względu na wulkaniczny charakter wyspy), z drugiej jednak strony, czuliśmy się tam trochę nie na miejscu. Może nie bez powodu tak odpychaliśmy od siebie tą destynację. Odniosłam wrażenie, że Teneryfa jest Mekką dla plażowiczów i klubiarzy i to zdecydowanie bardziej niż w innych, odwiedzonych przez nas miejscach. Nie żeby takie spędzanie urlopu było złe, tylko nam zupełnie nie odpowiada. Eksplorowanie wyspy, trekking w górach, łażenie po ścieżkach między lawowiskami, które my uskutecznialiśmy, nie jest chętnie podejmowane przez innych turystów i to delikatnie mówiąc, bo na trasach (świetnie przygotowanych) nie spotykaliśmy absolutnie nikogo lub pojedyncze osoby. Może po prostu lipiec nie jest odpowiednim czasem na taką aktywność i to o to chodzi?
No dobrze. Co mnie zaskoczyło:
Jeszcze nigdy nie widziałam tak dużo ludzi z bardzo poważnymi oparzeniami słonecznymi. Przechadzając się promenadą wzdłuż plaż, co drugi plażowicz paraduje z krwistoczerwonymi plecami, ramionami lub nogami, a w samolocie każde odsłonięte plecy i mnóstwo nosów z obłażącą skórą. Myślę, że może to wynikać z tego, że na Teneryfie jest bardzo intensywne słońce, co wynika z szerokości geograficznej, a jednocześnie nie jest tak wściekle gorąco jak w południowej Hiszpanii czy Grecji, bo wiatr znad Atlantyku chłodzi, a do tego wszędzie piszą, że to wyspa wiecznej wiosny z łagodnym klimatem. Jeśli ktoś będzie czytał ten wpis przed wyjazdem, polecam zaopatrzyć się w filtry co najmniej 50 i smarować się nimi za każdym razem, bardzo skrupulatnie. Nie zabezpieczy to przed opalenizną, ale przed oparzeniami, owszem.
Odniosłam wrażenie, że Teneryfa (nie wiem jak inne wyspy archipelagu) nie ma zupełnie swojego klimatu. Mam na myśli specyfikę ludzi, architekturę, zwyczaje itp. Po prostu turyści i dla turystów. Oczywiście wulkany i wszystko co się z tym wiąże mają swoje piękno i są naprawdę interesujące, ale to trzeba się wysilić i wybrać w głąb Parku Narodowego Teide, czy w inne miejsca, czyli potrzebny jest samochód i chęć do trekkingu.
Bardzo mało tu zwierząt. Oprócz jaszczurek, gołębi i jaskółek można jeszcze spotkać tylko kota lub psa. Trochę lepiej z roślinami, bo choć bujniejsza roślinność jest tylko w górach, to jednak rośliny endemiczne i sukulenty wyrastające z zastygłej lawy mogą zainteresować, a nawet czasem całkiem ładnie wyglądać.
Miejscowi nie mają w domach klimatyzacji ani ogrzewania, poza nielicznymi wyjątkami. O ile w ciągu dnia tak bardzo nam to nie przeszkadzało, tak noce były ciężkie. Oczywiście w hotelach nie ma tego problemu.
Co mi się spodobało:
Krajobraz zdominowany przez pozostałości erupcji wulkanów jest bardzo ciekawy i malowniczy. Oczywiście nie tam gdzie wygląda jak plac budowy, ale w miejscach gdzie lawa zastygła w postaci ciekawych form, nawisów i jaskiń, do tego ma czarny lub brązowy kolor. Pięknie to kontrastuje z błękitem oceanu lub zielonymi roślinami endemicznymi, które po wielu latach od erupcji, zasiedlają tereny pokryte skałami i udowadniają, że można dostosować się do każdych warunków. Myślę jednak, że mając na myśli trekking, lepiej wybrać chłodniejsze miesiące.
Podobały mi się też ceny, oczywiście w pewnym oddaleniu od największych kurortów. Generalnie były podobne do polskich, a czasem niższe. Więc miło...
Podsumowując, dobrze, że to wulkaniczna wyspa, bo w przeciwnym razie, chyba byłabym bardzo rozczarowana.
Ł: Wracając do tematu niezadowolenia miejscowych z najazdu turystów na wyspę i związanych z tym rosnących cen utrzymania, a zwłaszcza coraz wyższych cen nieruchomości, zacząłem się zastanawiać kto to są owi „miejscowi”… W sąsiednich zabudowaniach i sąsiednich miastach spotykaliśmy przedstawicieli wszystkich nacji: Rosjan, Ukraińców, Holendrów, Greków, Albańczyków i mieszkańców innych bałkańskich krajów, mieszkańców Afryki, no i oczywiście Hiszpanów. Wszyscy tu mieszkają, pracują, handlują, prowadzą własne biznesy i jak jeden mąż narzekają, że nieruchomości o wiele droższe niż 10 czy 15 lat temu. A dlaczego akurat 10 czy 15? Bo sami wtedy na wyspę przyjechali. Tacy to z nich miejscowi. No, ale to tylko takie biadolenie, żadnej niechęci do przyjezdnych nie zauważyliśmy.
Przejechaliśmy ponad 1300km, czyli niewiele jak na 2 tygodnie, ale sporo jak na wyspę, na której nie da się jechać w jednym kierunku dalej niż 100km. Kręciliśmy się strasznie, ale mamy poczucie, że Teneryfę znamy :)
Co do rzeczy, które mnie zaskoczyły na drogach i przy drogach, to po pierwsze nieprawdopodobnie duża liczba kamperów, wszystkie (co do jednego) na hiszpańskich deskach, więc raczej miejscowe. Kto przy zdrowych zmysłach promowałby tutaj kampera na wakacje, skoro gdzie by nie nocować, to wszędzie jest blisko. Najdalej godzina drogi. No więc o co chodzi, Czy to patent na drogie nieruchomości? Bo te kampery stoją absolutnie wszędzie, nawet w miasteczkach nieco dalej od centrum i chyba robią za domy…
Drugie zaskoczenie to samochody parkujące przy samych przejściach dla pieszych lub skrzyżowaniach. I nie o to chodzi, że ktoś łamie przepisy, tylko oficjalne miejsca parkingowe wytyczane są przed samymi przejściami i skrzyżowaniami. W związku z tym nic nie widzą ani piesi, ani kierowcy.
A trzecie zaskoczenie, tym razem bardzo miłe, to cena paliwa. Nie wiedziałem, że jeszcze gdzieś w Unii Europejskiej można obecnie tankować benzynę w cenie poniżej 1EUR/L.