A: Dziś dzień techniczny. Pranie, odkurzanie i inne takie przyjemności. Ale ponieważ nie można prać cały dzień (szczególnie posiadając pralkę i suszarkę), wybraliśmy się po południu na Costa Adeje, Playa de las Americas i Costa de los Cristianos, żeby zobaczyć co jeszcze ciekawego ma do zaoferowania Teneryfa. Wnioski: wszystkie trzy wybrzeża są zabudowane hotelami i apartamentowcami pod wynajem. Nawet zastanawiałam się gdzie mieszkają pracownicy restauracji, czy hoteli, ale raczej dojeżdżają. Na Costa Adeje plaża jest czarna, do tego ma mnóstwo kamieni, więc chętnych na plażowanie wyjątkowo mało. Baseny przy hotelach za to pękają w szwach. Trochę inaczej na Playa de las Americas, gdzie można znaleźć żółty piasek i mnóstwo parasolek. Wzdłuż wybrzeża poprowadzona jest całkiem fajna promenada, niestety mocno zatłoczona i w dodatku trzeba uważać na Amerykanów podjeżdżających na specjalnych wózeczkach po hamburgera. Ogólnie nazwa wybrzeża nie jest przypadkowa, rozmemłany angielski słyszeliśmy tu na każdym kroku. No i ta nieprawdopodobna ilość fast foodów… Dla tych, którzy już nie mogą wytrzymać z nudów, lokalni biznesmeni mają trochę atrakcji. Lekcje surfowania (większość buja się po prostu na falach przez cały czas ), wypożyczenie skuterów wodnych i rejs na katamaranie jakieś parę metrów od brzegu na silniku. Katamarany wyglądają zabawnie bo są nieprawdopodobnie wypakowane ludźmi, aż dziwne, że nie toną. W ramach atrakcji można popływać w oceanie skacząc z pokładu, ale nie wiem czemu to jest bardziej atrakcyjne niż pływanie z brzegu. Może po prostu inaczej się wchodzi do wody. Spacer po wybrzeżach był trochę męczący, ale to też kawałek Teneryfy, dla wielu jedyny, więc chcieliśmy zobaczyć i upamiętnić na zdjęciach.