Ł: Kalima nadal nie odpuszcza – jest beznadziejna widoczność i piekielnie gorąco. A skoro środek wyspy chowa się za chmurą pomarańczowego pyłu to zaczynamy od eksploracji wybrzeży. Na początek okolice bieguna południowego czyli Punta de Rasca. Nie wiem skąd ta nazwa, może dlatego, że okolicę porastają liczne kaktusy i inne sukulenty, więc rzeczywiście łatwo podrapać nogi. Ale pewnie nie taka jest geneza :)
Zostawiliśmy samochód gdzieś między plantacją bananów a świeżymi zabudowaniami w bardzo arabskim stylu. To znaczy nie takich stylowych z łukami, biało-niebieskimi motywami itd. tylko regularna arabska czynszówka: działki otoczone murem z szarego pustaka i klepisko z domem lub jeszcze bez domu. Być może to lokale dla pracowników plantacji, bo okolica niczym innym nie zachęca do osiedlenia. Na wielu owych działkach trwają prace budowlane, a śmieci z budowy wypełniają każdą okoliczną szczelinę tektoniczną. Po dziesięciu minutach wędrówki Ola zapytała czy na dzisiaj zaplanowałem trekking przez wysypisko :)
Ale to były złe dobrego początki. Wkrótce dotarliśmy do dzikszego obszaru, na którym królowały ruiny jakiejś starej zabudowy mocno wchłoniętej już przez naturę, a potem wzdłuż bananowej plantacji dotarliśmy do Atlantyku. Plantacje mocno nas zaskoczyły, bo całe zasłonięte są buro-pomarańczowymi (od pyłu) szmatami i patrząc na nie z góry (z samolotu lub wzgórza) ciężko się domyślić, że pod tą gładką powierzchnią rosną wielkie bananowce.
Najbardziej spektakularna część to okolice najdalej wysuniętego cypla z latarnią, czarnym skalistym wybrzeżem, kamienistym podłożem z kolorowymi porostami, kaktusami wszelkiej maści i królującym nad wszystkim wulkanicznym masywem Montaňa Grande. Fajne :)